Obserwatorzy

niedziela, 21 stycznia 2018

Dzień Babci

Kochane Babcie,wnuki to nasza największa miłość,pewnie dlatego,że ostatnia.Kochajmy te nasze wnusie i wnuki bo szybko rosną,dojrzewają ,wyfruwają.
Czego mogę Wam życzyć? banalnie-zdrowia, częstych spotkań  z wnukami i odwzajemnionej miłości.


środa, 3 stycznia 2018

O tempora, o mores.....


Pouczająca
 opowieśc,bardzo mnie rozbawiła ,ale czyż tak własnie nie było?I czy nie szkoda,ze już nie jest?


Jak ten świat się zmienia i dobrze !!!

AMM

Świat, droga młodzieży, wyglądał kiedyś nieco inaczej. Nie budziła nas, dzisiejszych sześćdziesięciolatków i siedemdziesięciolatków, telewizja śniadaniowa, przez co nie wiedzieliśmy o istnieniu otyłych karlic akrobatek, Chippendelsów i kotów, które mówią brajlem.

Budził nas radziecki budzik, który za nic w świecie nie chciał chodzić tak, jak mu hejnał z wieży mariackiej kazał. A jednak zdążaliśmy do szkoły. Na śniadanie jedliśmy kanapki z pasztetową, na święta szynkę, która nie psuła się po dwóch dniach. Sery były jeśli były dwa: żółty i biały. Nazwy były równie umowne, jak ich ceny i kolory.

Nikt nie jadał lunchu. Były drugie śniadania - kanapki starannie zapakowane przez mamy w papier śniadaniowy, który poddawano domowemu recyklingowi i jeśli się nie ubrudził, wykorzystywano ponownie. Jadano też obiady: ziemniaki, tłuste sosy, kotlety. Mało warzyw i ryb. Na kluski mówiliśmy "makaron", nie pasta, bo pastą smarowaliśmy chleb lub czyściliśmy buty.

Nikt nie znał słowa "cholesterol" i jadł tyle jajek, ile chciał, a jednak nie umieraliśmy masowo na serce. Nauczyciel, który potrafił przylać linijką lub połamać wskaźnik na niejednej pupie, kazał nam wkuwać mnóstwo definicji i wzorów, nękał klasówkami i straszył widmem powtarzania klasy. Mimo to nie mieliśmy jakiejś nadzwyczajnej traumy. Szczerze mówiąc nie znaliśmy tego słowa ani nie byliśmy pod opieką terapeuty.

Nie uczyliśmy się angielskiego i nie chodziliśmy na balet. Żeby umówić się z kumplami na piłkę, nie dzwoniliśmy do nich wcześniej, tylko wpadaliśmy po nich do mieszkania albo darliśmy się pod oknami, żeby wyszli. Nie zabraniał nam tego nikt z TVN Style. W owych czasach papier toaletowy występował głównie w parówkach i mortadeli, a proszek do prania prał ciuchy białe i kolorowe. Jeśli prał.

Nie było kremów na dzień, na noc, na zimę i lato. Była Nivea. Mimo to nie cuchnęliśmy ani nie padaliśmy na dyzenterię. Byliśmy niemodnie ubrani, a jednak udawało nam się umówić z dziewczynami, które nie wymawiając, też nie wiedziały, kto to Jaga Hupało.

Nasi starzy nie dzwonili do nas na komórkę i nigdy nie wiedzieli, gdzie naprawdę jesteśmy. Nie odwozili ani nie doprowadzali nas do szkół, odkąd skończyliśmy siedem lat. Jakimś cudem oni nie zeszli na serce, a my nie padliśmy ofiarą pedofilii ani seryjnych morderców, a na źle oznakowanych przejściach dla pieszych nie rozjechały nas samochody. A przecież jakieś jednak jeździły.

Nie robiliśmy sobie zdjęć do Naszej Klasy spod opery w Sydney ani spod piramid. Jeździliśmy na kolonie i obozy, zrzucaliśmy się na oranżadę w woreczku i ciastka. Nie wiedzieliśmy, co to: taniec z gwiazdami, Tusk, Kaczyński, emancypacja kobiet, prawa zwierząt czy multi-kulti. My, sześćdziesięciolatki i siedemdziesięciolatki, przeżyliśmy piekło.

Dlatego żądamy dla nas wszystkich po 1 milionie EURO odszkodowań za poniesione przez te wszystkie lata krzywdy moralne!!! Występujemy również o wysokie renty inwalidzkie i wcześniejsze emerytury. Zbiorowy pozew skierujemy do unijnego Trybunału Praw Człowieka.

Pozdrawiam

icon-envelope-tick-round-orange-animatedWolny od wirusów. www.avast.com

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Co nam przyniesie 2018??

Spokój? Ład?Porządek? Zdrowie? Spełnienie marzeń? Nowych przyjaciół? Przygody?
A może zwykłą normalność,ciepły uśmiech,życzliwego sąsiada,trochę szczęścia i wiarę,że będzie dobrze,że życie ma sens  a  cieszyć się trzeba   każdym dniem i tym co juz mamy.Zyczenia serdeczne, noworoczne  i moją ulubioną piosenkę przesyłam w pierwszym dniu Nowego Roku wszystkim tu zaglądającym.

sobota, 23 grudnia 2017

Czas życzeń serdecznych



Jest w moim kraju zwyczaj,że w dzień wigilijny
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie
Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie......

Wszystkim moim przyjaciołom i wrogom w tym szczególnym,jedynym dniu w roku przekazuję życzenia najlepsze,najszczersze aby spełniły się wszystkie marzenia i zamierzenia,aby szczęście i zdrowie gościły w Waszych domach,abyście kochali i byli kochani!

środa, 22 listopada 2017

Rzecz o mych czarnych kotach

W codziennej gonitwie ,zmartwieniach,zmęczeniu umyka mi ostatnio sporo spraw ważnych i nie ważnych. W ten sposób zgubił mi się Dzień Czarnego Kota,a mam  takich  trójkę. Pierwsza w moim domu i życiu była Frania.Przyniesiona 29 lutego 2099 r. z piwnicy szybko się zadomowiła  i równie szybko okazało się kto szefem jest a kto personelem.Była moja królewną-jedynaczką 7 lat. Królewną jest nadal.

Frania po sterylce
Pierwszy sezon balkonowy.Latem Frania uwielbiała spędzać  na balkonie nie tylko dnie.Wieczorem można było zapolować na ćmy,odpocząć od upału,podrzemać.
Frania musi mieć wszystko pod kontrolą,tak jest do dziś,chociaz nie skacze już po najwyższych szafkach czy półkach. Dziś obserwuje krytycznym i czujnym okiem dobierając dogodne miejsce i pozycję.
3 listopada minęły dwa lata ,kiedy to stanął w progu Boguś. A raczej wjechał w koszyku.Tego dnia wróciłam z Warszawy -i niespodzianka Wiedziałam,że przybędzie domownik,ale chciałam to zrobić tak jak radzą doświadczeni kociarze. Wyszło inaczej.Boguś od razu poczuł się u siebie, co bardzo nie spodobało się Frani.Do dziś demonstruje swoje niezadowolenie i niechęć.Było różnie: raz Frania siedziała pod tapczanem,bo Bogus pogonił jej kota,raz siedział tam Boguś. Teraz miłości gorącej nie ma ,tolerują się czasem powarczą na siebie.Boguś jest niesłychanie żywiołowym,psotnym stworzeniem.Załatwił mi kwiaty, sporo naczyń,kiedy  zaczyna szalona gonitwę przez mieszkanie lepiej zejść mu z drogi.Uwielbia mielone mięso wieprzowe,i ,chociaż wiem,że nie powinien go jeśc,to jednak..Wieczorem i rano Bogusiowi zmienia się charakter,staje się przylepką ,domaga się miziania,głaskania drapania. a potem znów wstępuje w niego demon szaleństwa .



Mela pojawiła się niespodziewanie,wieczorem,23 stycznia tego roku. Spała skulona na schodach tuż pod moimi drzwiami.Znalazł ją tam mój mąż,miesiąc przed nieszczęściem,ktore dotknęło mnie i moją rodzinę. Uratował jej życie,nie wiem,dlaczego własnie w tym momencie uchylił drzwi na klatkę.Gdyby tego nie zrobił,ktoś, prawdopodobnie schodząc na dół wyniósłby ją na zewnątrz,był mróz,ona malutka,nie przeżyłaby.Miałam znależć jej dom po sterylce,odrobaczeniu i innych koniecznych zabiegach.Zaczęłam starania ale 23 lutego mąz doznał rozległego udaru krwotocznego i wszystko się posypało. Nie było głowy do czegokolwiek poza szpitalem ,strach,fatalna opieka lekarsko-pielęgniarska,kolejny udar.No i Mela jest. Mała koteczka z ADHD,szaleństwo to jej drugie imię.Z Bogusiem pokochali się natychmiast,to co wyprawiają to materiał na film o bogatym życiu i jeszcze bogatszych pomysłach tego tandemu Mela jest szybsza niż myśl.Otwarta szuflada,szafka,lodówka i ona juz tam jest.Wyrasta pod nogami,,siedzi w torbie,jest wszędzie.Patrzy bursztynowymi ślepkami tak,że czujesz w sercu wielka kroplę miodu. Ale  bywają tez chwile,kiedy śpią czule się obejmując,myją sobie uszka,pyszczki,łapki.Meliska nie jest skłonna w ciągu dnia do miziania,ale wieczorem wsuwa mi się pod kołdrę,mocno wtula,mruczy jak mały traktorek i tak sobie śpimy.Moje koty dają mi motywację,żeby wstać,ogarnąć się ,stanąć do pionu.Ich obecność jest zbawienna, kiedy dochodzę do ściany..







poniedziałek, 6 listopada 2017

A czas jak rzeka....

płynie a właściwie pędzi  i ciągle przyspiesza.Niemal ze łzą w oku wspominam sanatorium i Ciechocinek,gdzie moim jedynym obowiązkiem było punktualne stawianie się na zabiegi i posiłki.Resztę czasu spędzałam bez względu na pogodę na włóczęgę,trochę na bibliotekę i na pewne ulubione prze zemnie miejsce:Cukiernię Wiedeńską.Tort bezowy Pawlowa zjadam aktualnie tylko w snach i są to piękne sny! W tym miłym miejscu pracowicie przejadałam skromną nauczycielską emeryturę w nadziei,że przytyję chociaż z kilogram.Nic z tego,bo ja zjadałam góry ciast,mnie zaś zjadały zmartwienia.

To właśnie tu oddawałam się niecnemu procederowi obżarstwa.
Ciechocinek ,jak wspominałam to jeden wielki park,cały w kwiatach,których we wrześniu było jeszcze całkiem sporo,ozdoba są także fontanny nie tylko w parkach ale i w centrum.



Chętni mogą skorzystać z przejażdżki dorożką lub tramwajem konnym.
Ciechocinek miał pierwotnie drewnianą zabudowę, gdzie nie gdzie można zobaczyć jeszcze takie drewniane perełki

 Pijalnia wód,a raczej to ,co po niej pozostało.Szkoda.



 Tu mieści się informacja turystyczna,piękna snycerka,wnętrze również utrzymane w takim trochę retro.

Teatr letni,przetrwał dzięki zbiórce pieniędzy na restaurację prowadzona przez Jerzego Waldorffa.


XVII-wieczna cerkiewka garnizonowa i kawałeczek jej wnętrza.Drewniana,malutka ,utrzymywana jest dzięki staraniom "batiuszki",przemiłego,młodego człowieka,który staje na głowie,żeby  utrzymać tę cerkiewkę, bo dotacji nie dostaje.No i znowu-szkoda!
 Jest jeszcze dworzec,który podzielił los podobnych,nikomu niepotrzebnych już urokliwych,malutkich stacyjek.
Coś dla ducha i ucha,chociaż szału nie było
Jest tez aleja gwiazd,która otwiera pantofelek Bońka.



Don Wasyl ma w Ciechocinku swoja posiadłość zamieszkana przez niezwykle liczna rodzinę.Robi wrażenie-ta posiadłość,rodem gdzieś z Las Vegas
W trakcie mego pobytu był koncert ale jako,że nie jestem fanka Don Wasyla to odpuściłam! Chyba się specjalnie nie zmartwił

Dworek prezydenta Mościckiego.Po latach świetności było tu przedszkole .
Teraz za staraniem A. Kwaśniewskiego znów dworek prezydencki.Bywał tu Lech Kaczyński i B. Komorowski.
Tu zaś nikt nie przyszedł z pomocą a szkoda:


Wiele lat temu tę willę kupiła wielka miłośniczka H. Sienkiewicza,odpowiednio przysposobiła ,nazwała Sienkiewiczówka,zgromadziła liczne pamiątki po pisarzu.Niestety,pięknie było tylko do momentu śmierci tej osoby.Niszczało to długi czas aż osiągnęło stan ze zdjęć. No i tyle o Ciechocinku!













niedziela, 22 października 2017

Na deptaku w Ciechocinku

Dziś mijają dwa tygodnie od mego powrotu z kurortu.Jechałam tam pełna obaw,bo w domu trzy futra,w szpitalu ktoś,kim trzeba się opiekować.A córka w pracy,wrzesień to ciężki czas w szkole,więc martwiłam się jak to będzie. Było dobrze,bo pomógł zięć  a potem przyjechał brat i doglądał sumiennie inwentarza.Mogłam spokojnie oddać się zabiegom i lenistwu.Ciechocinek to jeden wielki park z fontannami,kwiatowymi dywanami no i tężniami.Co dnia bez względu na pogodę ,a nie była o na łaskawa,robiłam długie spacery i mnóstwo fotek. Oto pierwsza,którą  zrobiłam:

    Kotek nie wyglądał na przestraszonego.Na wprost mego sanatorium wokół drzewa umiejscowiona była ławeczka: 

 Znaki "firmowe" Ciechocinka: Żródło solankowe grzybek i Fontanna Jaś i Małgosia


Tężnie,oblegane bez względu na pogodę.Robią wrażenie! 
   
Poznajecie? Jerzy Waldorff  z psem Puzonem. Wyjątkowo brzydki pomnik.Ale Puzo jak żywy.


Park Zdrojowy z  fontannami,łabędziami  z  piękną starą muszlą,gdzie odbywają się koncerty i równie starą,chylącą   się ku upadkowi pijalnią wód. Wspaniały drzewostan,mimo jesiennej już aury kwitnące klomby a wśród nich piękny paw
:





 Ciechocinek to klasyczny kurort.Liczy sobie 10.000 mieszkańców,którzy żyją z kuracjuszy bo leczenie sanatoryjne jest całoroczne.Sanatoria są sprywatyzowane,obiekty odnawiane,standart jest nieporównanie wyższy niż był za NFZ-etu.Podobnie jest z bazą zabiegową i rehabilitantami.To najczęściej ludzie młodzi,szanujący swoich pacjentów i pracę.Opieka lekarska  i pielęgniarska również na niezłym poziomie. O Ciechocinku i uciechach nie tylko zabiegowo-leczniczych jeszcze napiszę.Tymczasem oswajam laptop,który parę dni temu nabyłam,bo stary komp wyciągnął,że tak powiem,nogi!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...